
Najnowszy film Edgara Wrighta to list miłosny do lat 60’tych. Oprawa wizualna, zdjęcia, muzyka i scenariusz ociekają nostalgią za dawnymi czasami. Pomysł, który mógł zaliczyć wtopę okazał się strzałem w dziesiątkę.
„Last Night In Soho” opowiada historię niezwykle utalentowanej lecz zamkniętej w sobie 18-latki Ellie Turner (Thomasin McKenzie). Nastolatka mieszka w Kornwalii razem z babcią, jest zakochana w całej kulturze lat 60’tych, od muzyki, filmu po modę tamtych lat. To właśnie projektowanie jest największą pasją Elli, przez co dostaje się do renomowanej szkoły mody w Londynie, by móc nareszcie spełniać swoje marzenia.
Ci z Was, którzy mieli okazję przyjechać i uczyć się w obcym i większym mieście z pewnością wiedzą, że zmiana nie jest lekka. O tym samym na własnej skórze przekonuje się bohaterka filmu. To co z pozoru wyglądało na piękne i pociągające z bliska już takim się nie wydaje. Ellie jest bowiem nieśmiała i wycofana. To introwertyczka, która nie żyje w social mediach jak przystało na pokolenie „Z”. To marzycielka, z głową w mentalnej chmurze lat 60’tych. Obce są jej imprezy w klubach czy domówki do 5 nad ranem. Jest zielona w kontaktach z chłopakami i nie wie o czym rozmawiać z zabawowymi koleżankami. Swoją niewinnością i odklejeniem od rzeczywistości przypomina trochę Carrie White z filmu DePalmy. Jest bowiem coś jeszcze, co upodabnia bohaterkę Edgara Wrighta do tej kingowej. Chodzi mianowicie o tajemniczy talent, który ukrywają obie dziewczyny. U Carrie była to telekineza a u Ellie jest to dar widzenia zmarłych, który łatwo wymyka się spod kontroli.
Eskapistyczne cechy prowincjonalnej Ellie nie ułatwiają kontaktu z rówieśnikami, więc dziewczyna postanawia wynająć pokój w domu pewnej staruszki. Domu, w którym Ellie zaczyna mieć wizje o kobiecie z przeszłości o imieniu Sandy (Anya Taylor-Joy). To właśnie w tym punkcie film nabiera zwariowanego tempa, pełnego blasku tanecznych klubów i ulic słynnego Soho z lat 60’tych. Tak poznajemy losy młodej Sandy, usiłującej spełnić marzenia o śpiewaniu. Jej urodę i talent bardzo szybko dostrzega menager o imieniu Jack (Matt Smith, który w rezultacie okazuje się być kimś w rodzaju alfonsa. Niczego nieświadoma Sandy wpada w tą pajęczą sieć i w końcu ginie na oczach Ellie.
Film „Last Night In Soho” to jak dotąd najlepszy film brytyjskiego reżysera. Dobór obsady okazał się strzałem w dziesiątkę. 18 letnia Thomasin McKenzie zagrała doskonale i jest według mnie gwiazdą tego filmu. Nie wyobrażam sobie żadnej innej aktorki w tej roli. Anya Taylor-Joy to przeciwległy biegun do Thomasin. Nigdy za nią nie przepadałem, ale pasowała do tej konwencji idealnie.








Dodaj komentarz