Fabuła filmu Pajęczyna zabiera nas do małego miasteczka Holdenfield w Michigan na tydzień przed Halloween, gdzie poznajemy Nicka, dziesięcioletniego chłopca, którego nocą budzą niepokojące odgłosy zza ścian. Z czasem nocne szmery przeistaczają się w charakterystyczne pukanie i głos, który co noc mówi do dziecka i próbuje się z nim zaprzyjaźnić. Przerażenie bohatera stopniowo przeistacza się w fascynacje. Nick jest wycofany społecznie, dręczony w szkole i nie zrozumiany przez rodziców, którzy na usłyszaną historię o nocnych dźwiękach, zachowują się conajmniej dziwnie. Zamiast uspokajać dziecko i szukać rozwiązania, złoszczą się i je karzą. Wszystkie te tropy, sprawiają, że w łatwy sposób sklejamy sobie całą historię do kupy i przewidujemy zakończenie. Reżyser jednak wprowadza fabularny twist, którego się nie spodziewaliśmy.
Film Samuela Bodina, to debiut reżyserski do scenariusza Chrisa Thomasa Devlina, autora tekstu do netflixowej Teksańskiej masakry piłą mechaniczną z 2022 roku. Trzeba przyznać, że film Bodina, posiada sporo halloweenowego uroku. Począwszy od nazwy miasteczka, która jawnie nawiązuje do Hadonfield, czyli miasteczka z kultowego „Halloween” Johna Carpentera, kończąc na jesiennej atmosferze, wszechobecnych dyniach i dekoracjach w mieście. Twórcy umiejętnie i konsekwentnie konstruują swoją opowieść o głęboko skrywanym rodzinnym sekrecie, gdzie nic nie jest takie jakim się wydaje. Klimatyczne zdjęcia Philipa Lazona(netflixowy serial Marianne) bardzo sprawnie wprowadzają upiorny klimat poprzez długie, nieśpieszne ujęcia wewnątrz domu. Podoba mi się ten powolny sposób prowadzenia narracji kamerą, bo potęguje grozę. W połączeniu z nastrojową muzyką składającą się z fortepianu i dziwnych dźwięków syntezatora skomponowanych przez Drum&Lacy, efekt ostateczny wypada bardzo dobrze. Pajęczyna to też przede wszystkim świetnie zgrany duet aktorski w wykonaniu Lizzy Caplan (serial Castle Rock) z Antonym Starrem (serialowym Homelanderem z The Boys). Ta dwójka stworzyła udaną kreacje neurotycznych opiekunów, którzy od samego początku wzbudzają u widza podejrzliwość. Ten celowy reżyserski zabieg, sprawia, że film nie jest typową kalką kalki, co z początku wcale się takie nie wydawało. Bodin starannie i powoli buduje nastrój, nie zarzucając przy tym widza bezmyślnymi jump scare’ami czy hektolitrami krwii. Reżyser stara się trzymać widza jak najdłużej w niepewności. Jest nastrojowo i klimatycznie, tak jak w horrorze być powinno. Cobweb to horror, który miał swoją premierę w wakacje, jednak moim zdaniem najlepiej sprawdzi się w okresie przed halloweenowym.








Dodaj komentarz