Najnowszy film André Øvredala powstał z inspiracji powieścią Dracula a dokładniej wspomnień z dziennika pokładowego kapitana statku Demeter. Długo czekałem na ten obraz, bo już sam zwiastun narobił mi apetytu. Pytanie jednak czy warto było czekać?
Po udanej „Autopsji Jane Doe” i całkiem niezłych „Opowieściach po zmroku” Øvredal sięga tym razem po klasykę gatunku czyli Draculę, Brama Stokera, a dokładniej rzecz ujmując, wątek podróży strzygonia z Bułgarii do Anglii. W powieści, opis podróży był potraktowany fragmentarycznie zaś w filmie Øvredala stanowi cały trzon opowieści. Cała akcja filmu dzieje się bowiem na rozszalałym morzu w trakcie trudnej przeprawy rosyjskiego statku Demeter między 6 lipca a 7 sierpnia 1897 roku. Niczego nieświadomi żeglarze, przewożą pod pokładem „coś” co szybko zaczyna na nich polować. Konwencja w której próbowano utrzymać film, miała przypominać bodaj obraz z serii Obcy, gdzie w ciemnych zaułkach i opuszczonych korytarzach polował na życie kosmonautów morderczy Xenomorph. Tutaj mamy zatęchłą i rozległą ładownię, żywy inwentarz w klatkach i spowite mrokiem wąskie korytarze. A na miejsce kosmity umiejscowiono wampira. Wydawałoby się, że scenariusz to gotowy hit, bo oparty na słynnej powieści w dodatku z nazwiskiem reżysera na plakacie, obiecywał przebój a jest niestety odwrotnie.
Historia filmu rozpoczyna się od końca. Do brzegu w Londynie docierają zgliszcza statku widmo, którego pokład bada policja. Oficerowie odnajdują zapiski z pokładu prowadzone przez kapitana a w nich przestrogę dla wszystkich ludzi. Tuż po tej scenie cofamy się o miesiąc do tyłu, do postoju statku w Warmie, gdzie poznajemy załogę podczas załadunku wielkiej skrzyni opatrzonej tajemniczym symbolem smoka. Ów symbol wzbudza u tutejszych lęk, ludzie nie chcą pomagać i uciekają złorzecząc. W tych okolicznościach, szansę na dołączenie do załogi i rejs do Anglii otrzymuje Clemens (Corey Hawkins), czarnoskóry lekarz i absolwent Cambridge, do którego żeglarze nie są przekonani, ze względu na kolor skóry. Gdy wreszcie statek odbija z portu i obiera swój kurs, na morzu zaczynają w brutalnych okolicznościach ginąć ludzie.
To co najbardziej razi w Demeter to nieznośnie drewniana gra aktorska i brak suspensu. Aktorzy zachowują się tu jak statyści, bardziej powtarzają ślepo swoje dialogi niż je odgrywają z jakimś przekonaniem. Tak jest w przypadku rosyjskojęzycznej załogi, która stanowi tu wyłącznie mdłe tło. Również qwazi rosyjski akcent, który słyszymy ciągle w filmie razi tu strasznie, bo przypomina bardziej dubbing. Chyba jedynym aktorem na ekranie, który potrafi coś z siebie dać jest Liam Cunningham wcielający się w postać kapitana Eliota. Cunningham, to aktor który znakomicie gra samą twarzą, nie musi nic nawet mówić. Jeżeli chodzi o sposób budowania napięcia, to wszystko zamyka się w do bólu przewidujących scenach ataku wampira na załogę. Reżyser zamiast skupić się na tworzeniu napięcia, uczucia strachu lub odizolowania, wybrał ograny sposób straszenia widza potworem, którego stworzono przy użyciu efektów praktycznych. Draculą wygląda w Demeter całkiem interesująco. Pięciogodzinne posiedzenie w charakteryzatorni przyniosło niezły efekt, jednak to za mało na utrzymanie uwagi widza w czasie seansu. Ciężko jest mi znaleźć w Demeter coś jeszcze dobrego poza Cunninghamem i Javier Javi Botet wcielającym się w Draculę. Nie tylko pod względem artystycznym, ale i finansowym film odniósł klapę. Produkcja kosztowała 45 mln$ a zarobił na siebie na całym świecie jedynie 21 mln$. Studio nie wyszło nawet na zero, nie wspominając o jakimkolwiek zarobku.








Dodaj komentarz