Longlegs to zdecydowanie najgorętszy tytuł tego roku w środowisku horroru. Najnowsza produkcja wytwórni Neon wzbudzała już ogromne oczekiwania dzięki oszczędnej i przemyślanej kampanii reklamowej. Zwiastuny były minimalistyczne, niespełna minutowe i zagadkowe, zaś fabuła mocno trzymana w tajemnicy. Pierwsze relacje dziennikarzy i publiczności po premierze tylko potwierdziły fenomen filmu Oz Perkinsa, bo nie sposób przejść obojętnie obok tego obrazu. Jakiś czas po premierze, widzowie podzielili się na tych zachwyconych klimatem i historią oraz tych rozczarowanych, zarzucając filmowi bałagan w scenariuszu i niezbyt oryginalne zakończenie. Jak to w końcu jest z Longlegs, który tak długo rozpalał w sieci naszą wyobraźnię i oczekiwania?

Film rozpoczyna się od sceny, w której widzimy młodą dziewczynkę, siedzącą za biurkiem w swoim pokoju i wpatrującą się w zaparkowane na uboczu, obce auto. Scena jest niby prosta, jednak już na wstępie umiejętnie wywołuje u widza niepokój, który utrzymuje się przez resztę filmu. Reżyser ukazuje nam tytułowego Longlegsa już w pierwszych minutach filmu, jednak robi to bardzo zdawkowo. Tak by jeszcze bardziej podsycić element zaskoczenia, podobnie jak Spielberg, który nie chciał od razu pokazywać swojego rekina widzom. Widzimy upiorną i majaczącą postać, gdzieś w rogu kadru, zbliżającą się do dziewczynki z enigmatycznym prezentem. Podarkiem, który będzie stanowił istotny element całej, diabelskiej układanki.

Postać Longlegsa od pierwszych scen jest odpychająca i zdziwaczała, przypomina trochę klauna po LSD na urodzinowym przyjęciu, od którego uciekamy wzrokiem. Wcielający się w tą postać Nicolas Cage jest tu autentycznie przerażający i nie do poznania. Postać przypomina androgenicznego nieprzewidywalnego schizofrenika. Aktor w wywiadach wyznał, że inspiracje do zwizualizowania postaci czerpał ze wspomnień o swojej matce Joy Vogelsang, która cierpiała na schizofrenię przez wiele lat. Pomijając demoniczne inklinacje, których matce brakowało; Cage uznał, że jest winien jej tą rolę. Kolejną inspiracją był film Felinniego z 1965 roku pdt. Giulietta i duchy. Reżyser filmu z kolei, twierdzi, że na białą twarz wpadł przy scenariuszu, dzięki wymalowanej na biało twarzy Boba Dylana.
Już na samym początku, akcja filmu skupia się na obiecującej agentce FBI; Lee Harker (Maika Monroe). Zdolnej i zdeterminowanej śledczej, próbującej rozwikłać sprawę morderstw, wstrząsających miastem od kilku dekad. Celem mordercy są rodziny, sprawcą jest zawsze ojciec, który po wszystkim popełnia samobójstwo. Na miejscu zbrodni śledczy zawsze znajdują zaszyfrowany list podpisany przez tytułowego Longlegsa. Policja podejrzewa, że za wszystkim stoi właśnie autor listów, który w niewyjaśniony sposób wpływa na swoje ofiary. Lee Harker jest tą, której udaje się najbliżej zbliżyć do mordercy i częściowo rozkodować jego szatański modus operandi. Trzeba dodać, że Harker nie jest zwykłą agentką. W rozwiązywaniu spraw, pomaga jej niezwykle wyostrzona intuicja niczym u medium. Porównanie Harker do agentki Clarice Starling z Milczenia Owiec jest jak najbardziej na miejscu, bo na tym jawnie zależało twórcy. Dzieciństwo obydwu kobiet jest naznaczone istotnym dla fabuły, mrocznym zdarzeniem. Do pewnego momentu historia przypomina tą napisaną przez Thomasa Harrisa, jednak tylko do czasu, aż zboczy w zupełnie mroczniejsza i okultystyczną ścieżkę.
Maika Monroe swoją rolą po raz kolejny udowadnia, że horror jako gatunek jest jej naturalnym środowiskiem. W roli lekko neurotycznej i wyalienowanej agentki sprawdza się doskonale. Monroe zbudowała wielowymiarową i niezwykle przekonującą psychologicznie postać. Jest wyalienowana, trudno jej rozmawiać z ludźmi, do tego ma dziwną relacje matką, której prawie nie widuje. Widać też, że skrywa pewne niewygodne wspomnienia z dzieciństwa a sprawę morderstw traktuje bardzo osobiście. Zagłębiając się coraz bardziej w sprawie, pewne głęboko skrywane wspomnienia wyjdą na jaw a tym samym jej rola w całym, demonicznym planie.
Film Osgouda Perkinsa to przykład filmu grozy, który mesmeryzuje swoją formą. Atmosfera grozy i paranoi jest utrzymana tu po mistrzowsku. Widz nie uświadczy tu tanich jump scareów i epatowania obrzydliwością. Horror u Perkinsa ma bardziej złożoną i bogatszą naturę. Film wchodzi pod skórę a jego okultystyczny charakter przywodzi na myśl jedne z najlepszych w tym podgatunku produkcji. Jest tu mnóstwo tropów odwołujących się do muzyki czy dzieł filmowych. Obraz jest też bardzo ikonograficzny, dzięki okultystycznemu rodowodowi. Jest to definitywnie najlepszy horror tego roku.








Dodaj komentarz