
„Kimi” to najnowszy film w reżyserii Stevena Soderbergha, który możemy obejrzeć na HBO MAX. Dla niektórych jest to jeden ze słabszych obrazów w dorobku reżysera. W sieci można trafić na takie przymiotniki jak „nudny, „przekombinowany” czy „gadżeciarski”. Bzdura. Ten film to dynamit!
„Kimi” opowiada historię introwertycznej programistki cierpiącej na germofobię czyli paniczny lęk przed zarazkami. Angela Childs, bo tak się nazywa główna postać grana przez Zoë Kravitz (Wielkie Kłamstewka, Batman) to niedawna ofiara napaści, której niewyleczona trauma daje owoc kolejnej w postaci stanów lękowych związanych z sytuacją pandemii Covid -19. Kobieta zamyka się przed całym światem w swoim mieszkaniu. Pracuje z domu. Zakupy zamawia przez internet. Wszelkie kontakty, nawet te z psychoterapeutką załatwia na Face Time. Nawet sfera seksualna bohaterki ogranicza się do epizodycznych wizyt mężczyzny, który jest jej sąsiadem z naprzeciwka. Obraz rozbitej i targanej nerwicami bohaterki dopełnia nieustanna dezynfekcja rąk. To wszystko brzmi mniej lub bardziej znajomo, bo każdy z nas zmagał się do niedawna z pandemią.
Soderbergh nie pierwszy raz porusza temat lęków wobec globalnej zarazy. W 2011 wyreżyserował „Epidemię”, tym razem temat wirusa posłużył mu jedynie za punkt zawiązania akcji swojego thrillera. Tematycznie środek ciężkości spoczywa na temacie technologii i brudnej korporacji pod nazwą Amygdala. Pierwszym mocnym zwrotem akcji jest scena, w której bohaterka wysłuchuje przypadkowego nagrania, zarejestrowanego przez „Kimi” czyli szalenie popularny smart głośnik zadomowiony w większości amerykańskich gospodarstwach (dzisiejsze Homepody od Apple czy Alexa od Amazona). Filmowa Kimi różni się od swoich konkurentek, tym, że to ludzie analizują polecenia głosowe a nie algorytm.
Ścieżka dźwiękowa zapisana i przesłana na konto analityka, okazuje się być zarejestrowanym morderstwem. Angela wpada na nie w trakcie swojej pracy, gdy analizuje poprawność zbieranych danych. Mając w dłoni namacalny dowód i chcąc postąpić słusznie, niczego nieświadoma bohaterka sprowadza na siebie ogromne niebezpieczeństwo. Soderbergh cudownie buduje suspens już na samym początku filmu w Hitchcockowskim stylu. Rozwinięcie akcji to prawdziwa, emocjonalna kolejka górska. Muzyka, wątki fabularne i elementy wojeryzmu przywodzą na myśl takie obrazy jak choćby słynne „Okno na podwórze” Alfreda Hitchcocka. Zoë Kravitz, wobec której miałem z początku mieszane uczucia okazała się być idealna do tej roli. Jestem świadom krytyki jaka wylała się na ten film, zwłaszcza za sprawą nakręconego zakończenia. Całkiem nie zasłużenie, bo scena finałowa puszczała oko do widza i jak dla mnie była całkiem autoironiczna.







Dodaj komentarz