Body horror ma swój rodowód w literaturze wiktoriańskiej. Frankenstein od Mary Shelley uznaje się za pierwszy przejaw tego podgatunku w formie literackiej. Horror cielesny w kinie pojawił się dopiero w połowie lat 70’tych, głównie dzięki obrazoburczym filmom Davida Cronenberga. W latach 80’tych kino transgresji przeszło do mainstreamu erupcją obrazów mutacji i deformacji w obrębie ludzkiego ciała. Twórcy w obliczu przemian kulturowo-obyczajowych, wykorzystywali tropy body horroru, by wyrazić głębokie lęki społeczne dotyczące AIDS czy technicyzacji. Dziś twórcy sięgają po ten subgatunek, by zobrazować problem braku akceptacji mniejszości seksualnych czy to w poszukiwaniu własnej tożsamości. Za sprawą kilku współczesnych reżyserów kina arthousowego jak Rose Glass, Lucile Hadžihalilović czy Julii Ducournau ten podgatunek przeżywa nowe rozdanie. Substancja Coralie Fargeat z Demi Moore w roli głównej to kolejny mocny tytuł, który zdążył już wziąć szturmem widownię w trakcie tegorocznego festiwalu w Cannes. Dla tych, którym jeszcze mało horroru ciała, przygotowałem kilka sztandarowych tytułów wyżej omawianego nurtu.

  1. Coś reż. John Carpenter 1982r.

John Carpenter to twórca kina gatunkowego i legenda amerykańskiego horroru. Kariera Carpentera ruszyła dzięki Halloween, niskobudżetowego slashera, który przerodził się w niezwykle dochodową franczyzę stając się znakiem rozpoznawczym reżysera.Carpenter jako twórca filmowy czy to kompozytor muzyczny pozostaje bezwzględnie zawsze wierny swojemu stylowi. Widać to wyraźnie w jego filmach, które mimo małego budżetu i reżyserowane zdala od wielkiego studia, potrafiły wykreować niezwykłą, oryginalną atmosferę i kawał świetnie opowiedzianej historii. Reżyserowi za materiał źródłowy przy pracy nad The Thing posłużył obraz jego ulubionego twórcy Howarda Hawksa, The Thing from another world z 1951 roku. W klasycznym obrazie, naukowcy arktycznej stacji badawczej przypadkiem odnajdują zamarzniętą w bryle lodu obcą formę życia. Bohaterowie zabierają na stacje nietypowe znalezisko i czekają aż lód się roztopi. Gdy istota się budzi, naukowcy wraz z wojskowymi muszą stawić czoła wysokiemu potworowi o szponiastych dłoniach, który nie ma przyjacielskich zamiarów. W The Thing z 1982 roku mamy ten sam wyjściowy pomysł, ale poprowadzony po mistrzowsku. Zimowy klimat izolacji od reszty świata, legendarne efekty praktyczne Ricka Botina, brak zaufania między bohaterami i strach przed zarażeniem to składowa filmu, który mocno zapada w pamięć. Horror jest tutaj bardzo cielesny, bo obcy przybiera formę ludzką zaś w kluczowych momentach obnaża się, poddając ciało nosiciela rozmaitym, kosmicznym transmutacjom. Wśród bohaterów szybko powstaje pytanie, kto jest zarażony a kto nie i jak to sprawdzić. Scena, w której MacReady (Kurt Russel) przykłada palnik do próbek krwi, rewelacyjnie buduje suspens i do dziś sprawia, że film działa również jako komentarz społeczny o strachu przed falą zachorować na AIDS na początku lat 80’tych.

2. Mucha 1986 reż. David Cronenberg

David Cronenberg to ojciec chrzestny body horroru. Filmy takie jak Shivers, Scanners czy właśnie Mucha ukonstytuowały na stałe jego pozycję w tym podgatunku filmowym. Gdy tylko mowa o Cronenbergu, na myśl przychodzą nam graficzne sceny przeobrażeń ludzkiego ciała i wszelkie jego drastyczne i wizualne transformacje. Mucha to kanoniczny przykład cronenbergowskiego body horroru w którym ciało naukowca granego przez Jeffa Goldbluma zostaje skażone DNA muchy co w efekcie prowadzi do przekształcenia się głównego bohatera w gigantyczną muchę. Stopniowy proces metamorfozy jest tu przedstawiony całkiem drastycznie i u niektórych mogący wywoływać mdłości do dziś. Miały na to wpływ przede wszystkim znakomita charakteryzacja i efekty praktyczne, które mało co się zestarzały. Odpowiedzialny za kreację stwora, Chris Walas pracował nad jego wyglądem kilka miesięcy a za efekt końcowy otrzymał od akademii filmowej, Oscara. Mucha tak jak i Coś, jest remakem klasycznego monster movie z 1958 w reż. Kurta Neumanna z Davidem Hedisonem i Vincentem Pricem w rolach głównych. Cronenberg tak jak Carpenter dodali nowego życia i energii w stary, zardzewiały pomysł, realizując swoje wizję w zupełnie inny sposób, dający pole widzom do szerzej interpretacji. Mucha Cronenberga działa na kilku płaszczyznach i wywołuje celowo sprzeczne reakcje u widza poruszając ważne dla reżysera tematy jak starzenie się ciała, śmierć, aborcja czy zagrożenie płynące z technologii. Warto dodać, że obraz działa znakomicie również jako opowieść miłosna o tragicznym zakończeniu, przez co ostatnie 8 minut filmu ogląda się naprawdę ciężko.

    3. Infinity Pool reż. Brandon Cronenberg 2023r.

    Jaki Ojciec taki syn. To powiedzenie idealnie pasuje w kontekście wściekle surrealistycznej twórczości syna Davida Cronenberga. Historia Infinity Pool zabiera widza w jeden z kurortów dla bogaczy, w którym poznajemy głównych bohaterów pisarza cierpiącego na blokadę twórczą James’a Fostera(Alexander skarsgard) wraz z jego dobrze sytuowaną żoną Em (Cleopatra Coleman). Kurort przypomina trochę ten z serialu Biały Lotos. Jest ekskluzywnie, słonecznie a do tego ze smaczkiem lokalnej kultury rdzennych mieszkańców fikcyjnej wyspy La Tolqa. Małżeństwo poznaje ekscentryczną parę, której zależy na spędzeniu wspólnie czasu. Niby wszystko jest ok, jednak widz wyczuwa coś dziwnego w relacji jaka nawiązuje się między Jamesem a Gabi (Mia Goth). Nowa znajomość wywraca do góry nogami znaną nam rzeczywistość, zachęcając Jamesa do przekraczania własnych moralnych granic. Wszystko zaczyna tu przypominać chory sen po środkach halucynogennych. Kurort przestaje przypominać już bezpieczną przystań a bardziej fortecę chronioną przez uzbrojony personel. Sytuacja komplikuje się gdy James powoduje wypadek, w którym ginie mieszkaniec La Tolqi. Sprawy zaczynają przybierać barwy kafkowskie. Mamy tu do czynienia z osobliwą machinę biurokratyczną, która działa w absurdalny sposób bo według ustawy o sobowtórach dla zagranicznych cudzoziemców i dyplomatów. Jeżeli więc jesteś bogaty a dopuściłeś się morderstwa, to ministerstwo stworzy ci sobowtóra, którego śmierć musisz obejrzeć na własne oczy. Film Brandona Cronenberga wywołał w czasie premiery na Festiwalu w Sundance spore emocje. I nic dziwnego, bo Infinity Pool to kawał niepokojącego kina transgresji, które opowiada trochę o poszukiwaniu i kwestionowaniu własnej tożsamości w formie satyry na uprzywilejowaną i znudzoną klasę dominującą.

    4.Hellraiser reż. Clive Barker 1987r.

    Barker reżyserując Hellraiser’a opierał się na własnej noweli z 1986 roku zatytułowanej The Hellbound Heart. Już w czasach swojego debiutu literackiego w formie zbioru opowiadań Księgi Krwi, został ochrzczony przez Stephena Kinga, przyszłością horroru. Jego filmowy debiut jedynie potwierdził te słowa. Choć w latach 80’tych panowała moda na slashery, film liverpoolczyka mocno odstawał od tego, co gatunek wówczas miał do zaoferowania. Nie było tu seryjnego mordercy w przebraniu polującego na naiwnych nastolatków. Clive chciał zrobić coś poważnego, gotyckiego i mrocznego. W rezultacie zaprezentował swoją wizję piekła na czele z Boogeymanem, który na stałe przedarł się do świadomości szerokiej publiczności i kultury masowej – przyodzianego w skórzany płaszcza i gwoździe na twarzy Pinhead’a(Doug Bradley). Tropy horroru ciała u Barkera to nie tylko tortury cielesne jako skutek transgresji bohaterów o wątpliwym kręgosłupie moralnym. Owszem, film obrasta w wiele drastycznych scen, które do dziś mało się zestarzały i dalej mogą wywołać obrzydzenie u wielu widzów, jednak jest w tym filmie coś więcej. Swojego rodzaju ostrzeżenie przed przekraczaniem pewnych granic w poszukiwaniu przyjemności cielesnych. Hellraiser doczekał się wielu kontynuacji, jednak pod względem jakości, jedynie pierwsza i druga część trzymają poziom i barkerowską jakość.

    5.Tusk reż. Kevin Smith

    Kevin Smith to ikona niezależnego kina autorskiego pokolenia X i autor scenariuszy do komiksów. Kojarzony przez większość z postacią cichego Boba w takich komediach obyczajowych jak Clerks czy W pogonii za Amy, Smith po 3 letniej przerwie od reżyserowania postanowił, że zaryzykuje z projektem, który był niczym gra w ruletkę. To miał być obraz, który mógł ponownie stanowić punkt zwrotny w jego stojącej w miejscu karierze. Wytwórnia Demarest Films postanowiła wyłożyć 2,7 mln dolarów na produkcję, która nie gwarantowała, absolutnie żadnego sukcesu. Jednak jak powiedział producent Sam Englebardt, wyłażą kasę, po to tylko, by zobaczyć, czy Ci się to uda.Czas pokazał, że się nie udało, bo film nawet na zwrócił kosztów produkcji, wywołując przy tym sporą falę hejtu na Smithie za epatowanie obrzydliwością i dziwacznym poczuciem humoru. Film Tusk, w którym znany podcaster Wallace(Justin Long) wyrusza w podróż by przeprowadzić nietypowy wywiad z pewnym ekscentrykiem (Michael Parks), jest zainspirowany prawdziwym ogłoszeniem zamieszczonym dla żartu na Gumtree. Jego autor opowiadał o swojej historii w której zaprzyjaźnił się z Morsem. W ogłoszeniu chodziło o znalezienie współlokatora, który przebierałby się za zwierzę dwie godziny dziennie. Choć ogłoszenie było fejkiem to Smith złapał się na ten haczyk. W efekcie otrzymaliśmy udaną próbę ożenienia komedii z horrorem, jednak dla wielu widzów okazała się zbyt nie strawna. Sceny chirurgicznej transformacji człowieka w walenia jak i sam efekt końcowy wbija w fotel i potrafi wywrócić żołądek do góry nogami. Mimo finansowej klapy, reżyserowi należą się brawa za odwagę podjęcia się tego pomysłu.

    Dodaj komentarz

    Witaj w zaułku popkultury

    Drogi czytelniku, przed powstaniem tego bloga, pisałem dla takich portali jak Dzika Banda, Nowa Gildia, Axel Springier Polska, Xiegarnia, Agora i wiele innych miejsc. Pracowałem również jako dziennikarz dla Gazety Olsztyńskiej. Z zawodu jestem scenografem z praktyką na deskach teatru Wielkiego w Warszawie. Film to moja pierwsza miłość, ale ma tu również swoje ważne miejsce komiks oraz muzyka filmowa.

    Znajdź mnie

    Odkryj więcej z Kurier popkultury

    Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

    Czytaj dalej