Czekaliśmy dwa lata od zapowiedzi, na to, by móc wreszcie obejrzeć najnowszą wersję Miasteczka Salem wyreżyserowaną przez Gary Daubermana. Film, który napotkał wiele trudności w fazie produkcji, finalnie jest już do obejrzenia na platformie Max.Są tu niestety spore potknięcia i niewykorzystany potencjał.
Dla tych, którzy klasycznej powieści Kinga nie czytali i nie oglądali do tej pory żadnej ekranizacji, może kilka słów o fabule tej małomiasteczkowej wampirycznej opowieści. Otwarciem historii jest powrót Mearsa ( Levis Pullman) do położonego w Maine- Salem, autor poczytnych powieści, stracił rodziców mając 9 lat. Swój powrót po latach traktuje trochę jak terapię po tragicznej śmierci bliskich i próbę odzyskania domu, zbierając przy tym materiały o swoich korzeniach w lokalnej bibliotece. Miasteczko jest malownicze, senne i spokojne a jego mieszkańcy są dla siebie życzliwi. Sielanka nie trwa jednak zbyt długo. Ludzie zaczynają umierać w niewyjaśnionych okolicznościach na podejrzaną chorobę krwi.Sprawę rozprzestrzeniania się dziwnej epidemii bada lokalna patolog dr. Cody grana przez Alfre Woodard, która razem z Benem, Suzie(Makenzie Leigh) i nauczycielem Mattem Burke (Bill Camp), odkrywają, że tajemnicze zniknięcia i nagłe zgony mają związek ze starym domem na wzgórzu i jego nowym właścicielem.

Ekranizacja Daubermana bardzo powierzchownie potraktowała materiał źródłowy. Bohaterowie są jednowymiarowi, nie poznajemy ich głębszej historii. Powieść Kinga działała tak dobrze na czytelnika, dzięki przedstawieniu przez jej autora miasteczka, w którym zło istniało w sercach mieszkańców jeszcze przed przybyciem wampira. Mała społeczność mierzyła się z alkoholizmem, rasizmem, ksenofobią i przemocą domową, która w wersji Daubermana została całkowicie pominięta. Wszystko jest tu spłycone i poprawne, nawet szkolna bójka nowego, czarnoskórego ucznia Marka Petrie(Jordan Preston Carter) z lokalnym łobuzem jest miałka i mało autentyczna. Aktorzy snują się tu anemicznie jeszcze zanim zostali ukąszeni przez wampierza, całkiem jakby zapomnieli po co tu grają. Sceny ze strzygami, bardziej niż strach wywołują rozbawienie przez słabą charakteryzację i szkodzące tu efekty CGI. Legendarna scena przemienionego Danny’ego Glicka, drapiącego okno w pokoju Marka, w wersji Toby’ego Hoopera sprzed 45 lat, była naprawdę upiorna. U Daubermana wyszła nieprzekonująco.
Więcej o filmach i serialach przeczytasz na Kurier Popkultury
Najlepsze filmy body horroru, które musisz zobaczyć
Longlegs – Recenzja filmu Osgooda Perkinsa

Ta współczesna opowieści o wampirach przejmujących kontrolę nad małym miasteczkiem to już łącznie trzecia próba przeniesienia materiału powieściowego na mały ekran. W 1979 roku swoich sił próbował mistrz makabry Toby Hooper a w 2003 roku duński reżyser Mikael Salomon. Każdy z tych twórców radził sobie na swój sposób w opowiedzeniu historii. Ekranizacja Hoopera była nastrojowa i upiorna, zaś Solomon miał w obsadzie rewelacyjnego Donalda Sutherlanda i reżysersko był chyba najbliżej ducha powieści Stephena Kinga. Według doniesień reżyserska wersja Daubermana miała trwać ponad trzy godziny, może więc gdyby to doszło do skutku widzowie otrzymaliby coś, co bardziej przypominałoby kingowską opowieść. Nie sądzę jednak by ten fakt zmienił odbiór filmu pod względem wizualnym.

Stephen King wydał Miasteczko Salem w 1975 roku i była to jego zaledwie druga powieść w dorobku, przynosząc mu tym samym uznanie wśród miłośników horroru. Choć autor dopiero raczkował na rynku literackim, to miał ogromną intuicję i wyczucie. Wiedział jak zbudować atmosferę, co dodać a co pominąć w swojej współczesnej opowieści o wampirach, przejmujących kontrolę nad małym miasteczkiem w Maine. Co najważniejsze wiedział, również, jak ważni są bohaterowie drugoplanowi, którzy w filmie Daubermana zostali całkiem pominięci.








Dodaj komentarz