
Kilka dni temu obchodził swoje 35 urodziny film, który nadał pewien tor współczesnemu kinu grozy i wykreował jedną z najbardziej ikonicznych postaci grozy. Tak, mowa o facecie w skórzanym wdzianku w stylu BDSM i gwoździach w głowie. Jak by tego było mało, Doug Bradley, czyli odtwórca słynnego Cenobity, obchodził niedawno bo 7 września swoje urodziny. Zdaje się, że to dobry pretekst aby przyjrzeć się jak zestarzał się klasyk Barkera.
„Hellraiser”, miał swoją premierę 10 września w 1987 roku w kinie Prince Charles’a na Leicester Place w Londynie. Opowieść Barkera doczekała się aż 11 filmów. Najnowszy będziemy mogli zobaczyć jeszcze w tym roku w reż. Davida Brucknera. Prace nad serialem dla HBO dalej trwają. Za serialową produkcję będzie odpowiadał Davida Gordona Greena (Halloweenowa trylogia). W pracę nad serialem zaangażowany jest również Danny McBride. Wszystko wskazuje na to, że po latach kiepskiej jakości i niskobudżetowej franczyzy (wyjątkiem jest 1 i 2) historia o wysłannikach piekła ponownie wróci do łask i trafi w dobre ręce.
Historia zrodziła się w głowie wrażliwego liverpólczyka, Clive Barkera pierwotnie jako nowelka zatytułowana „The Hellbound Heart”. W zawiązaniu akcji tej skromnej książeczki jak i wiernego jej scenariusza, poznajemy Franka Cottona ( Sean Chapman), poszukującego mitycznej kostki Lemarchanda. Uważa się, że ów przedmiot posiada moc, dzięki której można otworzyć bramy nieziemskich rozkoszy. Bohater odnajduje przedmiot na pchlim targu, nie do końca świadomy konsekwencji jakie wiążą się z posiadaniem tajemniczego przedmiotu. Tuż po jego odnalezieniu, nasze oczy widzą scenę, w której naga postać klęczy w ciemnym, obskurnym pomieszczeniu. Scenę rytuału nakręcono w gęstym, parnym mroku, rozświetloną jedynie świecami. To właśnie w tym miejscu, zostają otwarte bramy piekieł a widz po raz pierwszy poznaje jego wysłanników czyli słynnych cenobitów.
Ponoć pomysł na Pinheada czyli główny czarny charakter w filmie „Hellraiser” powstał podczas wizyt w nowojorskich klubach sadomasochistycznych przez Barkera. To właśnie w tego typu miejscówkach, autor bardzo często się pojawiał w latach 70’tych, nawiązując kontakty z różnymi ludźmi. Kostiumografka Jane Wildgoose, dostała w trakcie pracy nad filmem wyraźne wskazówki co do strojów cenobitów. Jak sam Barker mówił, ubiór postaci miał czerpać inspiracje z punku, katolicyzmu i wspomnień z wizyt w nowojorskich i amsterdamskich klubach S&M. Ciekawostką jest fakt, że na fazie ustalań tytułu, roboczo brzmiał, „Sadomasochists From Beyond The Grave” co w tłumaczeniu brzmiałoby jak „Sadomasochiści spoza grobu”. Jedna z kobiet pracujących na planie filmowym zasugerowała nawet tytuł ” what a woman will do for a good fuck”.

Można śmiało powiedzieć, że Hellraiser to „horror queerowy”. Sporo w nim cielesności, skórzanych kostiumów, seksualnych transgresji, wizjonerstwa i tragicznego romansu (wątek chorej i wyuzdanej miłości Julii i Franka) podanych w estetyce splatter punku. Zło u Barkera to jak często się okazuje nie potwory a ludzie i ich pragnienia. Wysłannicy piekieł przychodzą po tych, którzy ich wezwą, a są to najczęściej moralnie zepsuci bohaterowie, którzy szukają wciąż nowych sposobów na poczucie rozkoszy. Temat przekraczania granic między rozkoszą a bólem był dla Barkera w tej historii bardzo istotny. Wszak motyw ten jest płótnem dla całej historii o cenobitach. Ważne by wspomnieć, że Hellraiser to angielski horror, który w swojej graficznej śmiałości i odwadze, epatując seksualnością i makabrą, grubo odstawał od horrorowego trendu lat 80’tych. Czasy w których na ekranach kin królowały, slashery i filmy o duchach, dzieło Barkera stało w całkowitej formalnej opozycji do nich. Z jednej strony jest to film o przestrodze, z drugiej zaś, gdy się wczytać, opowieść o pragnieniu tego co zakazane. Obraz Barkera od początku miała w sobie charakterystyczną szorstkość, ducha gotycyzmu i surowość scenografii, która sprawia, że film do dzisiaj wywołuje ciarki.
Jak obraz Clive Barkera się zestarzał? Myślę, że pierwsze autorskie dzieło Clive’a zestarzało się bardzo dobrze. Barker udowodnił już na wstępie, publikując swój zbiór opowiadań „Books of Blood”, że jest zdolnym artystą. Wchodząc w świat filmu, udowodnił to po raz kolejny. W epoce, gdzie dzisiejsze CGI zastępowały czasochłonne efekty praktyczne często zdarza się, że są bardziej przerażające. Talent Boba Keena sprawił, że film dziś wyglada wizualnie bardzo dobrze. Jeżeli się zestarzał, to z klasą. Keen to w końcu facet, który pomagał przy „Star Wars” i to on wpadł na słynną scenę wskrzeszenia Franka, która, gdy się ją oglądało, wywracała żołądek do góry nogami. Mając tak zdolną osobę w swojej ekipie, film musiał wypaść dobrze, choć jego budżet wynosił milion dolarów a zarobił na siebie 14,5 miliona dolarów na całym świecie. Wiele scen do dzisiaj wywołuje ciarki na skórze. Scenografia jest w tym filmie upiorna. Skromna w środkach ( to dopiero II część wjedzie z większym rozmachem) Wiele scen jest drastycznych nawet dla dzisiejszego widza. To właśnie klimat filmów epoki sprzed cyfryzacją i efektami specjalnymi. Do dzisiaj wydają się wizualnie bardzo autentyczne i brudne.








Dodaj komentarz